Afro-Brazylia, czy z wizytą w Salwadorze

Najdalej na zachód wysunięta miejscowość w Afryce. Tak w skrócie można opisać Salwador. Miliony niewolników sprowadzonych z Czarnego Lądu mocno odbiły swoje piętno na niegdysiejszej stolicy portugalskiej Brazylii. A widać je na każdym kroku, w kulturze, w kuchni, a nawet w uśmiechu i wyglądzie lokalnych kobiet.

Okolice portu

W Salwadorze miałem okazję być kilka razy, dzięki czemu udało mi się zwiedzić jego dużą część. Zacząłem oczywiście do położonej o rzut beretem od portu historycznej dzielnicy Pelourinho. Kiedyś miejsce to służyło głównie do handlu niewolnikami. Dziś na szczęście pełni inną, znacznie bardziej pozytywną rolę. To tutaj na każdym rogu spotykałem tancerzy capoeiry pokazujących swoje niezwykłe umiejętności oraz bębniarzy, członków zespołu Olodum, których wspólny przemarsz na długo zostanie w mojej pamięci . Także tutaj skosztowałem takich przysmaków jak Acarajé czy Moqueca, przyrządzonych przez lokalne kobiety.

Opisując Pelourinho nie wypadałoby nie wspomnieć o przepięknym Kościele Franciszkanów Igreja de São Francisco i może przede wszystkim o najbardziej rozpoznawalnej ikonie Salwadoru, czyli o 70-cio metrowej windzie zwanej Elevador de Lacerda. Przejazd nią kosztuje kilka groszy, a widok z góry na port, przystań jachtową i targ Mercado Modelo – robi ogromne wrażenie.

Dzielnica Barra

Wykorzystując wolny poranek podczas jednej z wizyt w Salwadorze postanowiłem odwiedzić nadmorską dzielnicę Barra, o której słyszałem wiele dobrego. Jak zwykle do obranego celu zamierzałem dostać się za pomocą komunikacji miejskiej. Wiedziałem mniej więcej, którymi autobusami mam jechać, ale i tak bezcenna okazała się off-linowa aplikacja maps.me, która ułatwiła wybór odpowiedniego przystanku.

Wysiadłem przy jednej z kilku piaszczystych plaż, która jak na tak duże miasto była wyjątkowo czysta. Szkoda tylko, że byłem sam i miałem niewiele czasu, bo chętnie zostałbym w tym miejscu nieco dłużej.

Następnie idąc wzdłuż promenady skierowałem się w kierunku zabytkowej czarno-białej latarni morskiej. Chociaż miejsce to słynie głównie z niebywałych zachodów słońca to także i w ciągu dnia prezentowało się bardzo okazale. Podobnie jak i cała dzielnica, która w godzinach przed popołudniowych dopiero budziła się do życia.

Wracając popełniłem jeden z podróżniczych grzechów – brak odpowiedniego przygotowania. Przed moją małą wycieczką założyłem sobie, że wrócę tę samą drogą, a odpowiedni przystanek znajdę po drugiej stronie ulicy. W dzielnicy Barra ruch jest jednak tak zorganizowany, że praktycznie wszędzie znajdują się drogi jednokierunkowe. Godzinne poszukiwania, dziesiątki zaczepionych ludzi… nic to nie dało, a trzeba było wracać do pracy. Nie pozostało mi nic innego niż wzięcie taksówki. Na szczęście nie popełniłem kolejnego błędu i miałem na to przygotowane środki.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Chodząc tak wte i wewte po dzielnicy wpadłem na rodzinę, która swoim ogórkiem podróżuje po Brazylii. Bardzo ciekawy i inspirujący pomysł. Myślę, że tak właśnie należy zwiedzić ten kraj pomimo znacznych odległości. A jest to sposób bardzo popularny, bo stare WV można spotkać praktycznie na każdym kroku.

Monte Serrat – dzielnica grozy

Ostatnim punktem na mapie Salwadoru, do którego chciałem dotrzeć był Kościół Nosso Senhor do Bonfim. Miejsca bardzo mocno związanego z kolorowymi wstążkami, które są jednym z symboli stanu Bahia.

Planując dojazd pytałem o to znajomych ze statku pochodzących z Salwadoru. Wszyscy jak jeden mąż sugerowali wzięcie taksówki. Powód – komunikacja miejska jest bardzo niebezpieczna. Mając bardzo dobre wspomnienia z dzielnicy Barra – sugestie te po prostu zignorowałem… i miałem rację, a przynajmniej częściowo, bo sama podróż autobusem faktycznie przebiegła bezproblemowo. Problem pojawił się tuż po jego opuszczeniu. Dzielnica Monte Serrat, choć bardzo urokliwa jest też bardzo biedna, a przynajmniej na taką wygląda. Dodając do tego wzrok kilku czarnoskórych „dresów”, który bardzo szybko na mnie padł, muszę przyznać, że serce w tamtym momencie zaczęło mi bić bardzo mocno. Adrenalina, lubię ją, ale może niekoniecznie w takich okolicznościach. Pozostało mi tylko odwrócić się na pięcie, starać się wyglądać normalnie, maksymalnie kontrolować sytuacje i znaleźć jakieś skupisko ludzi. Ubiegając nieco fakty, nic mi się nie stało, chociaż o wizycie w kościele Nosso Senhor musiałem zapomnieć.

W swojej małej „ucieczce” skierowałem się w kierunku Fortu Monte Serrat i plaży Do Maio. Miejsca bardzo fotogenicznie, szczególnie w świetle zachodzącego słońca. Poza tym obecność innych ludzi i lokalny browar pozwoliły mi się nieco zrelaksować. Niemniej jednak obiecałem sobie, że następne wypady w nieznane miejsca będę starał się zaplanować nieco lepiej.