San Juan, Portoryko

Piękne, klimatyczne, a przy tym bardzo praktyczne. W tych słowach chyba najlepiej mógłbym opisać port San Juan.

Trudne początki

Pracując na statku MSC Seaside w San Juan cumowaliśmy, co dwa tygodnie. Pierwsze kilka wizyt nie było jednak zbyt szczęśliwych. Praktycznie zawsze był drill lub bar trening, a raz zdarzyło się nawet, że port został odwołany ze względu na… samobójstwo jednego z członków załogi (przykra sprawa). Ponadto San Juan to terytorium zależne USA, więc nie raz i nie dwa byłem padnięty po nocnym sprzątaniu i przygotowywaniu baru do kontroli CDC.

Co się odwlecze, to nie uciecze i po tych kilku miesiącach spędzonych na Karaibach mogę z całą pewnością powiedzieć, że San Juan udało mi się poznać dosyć dobrze.

Viejo San Juan – czyli okolice portu

Jednym z największych plusów San Juan jest fakt, ze wychodząc z terminalu portowego praktycznie już jesteśmy w samym centrum starówki. Pełno tu klimatycznych uliczek, restauracji, czy sklepików z pamiątkami. Nic tylko się zgubić.

Nabrzeże i Castillo de San Felipe del Morro

Przez ponad miesiąc pracowałem w barze, który otwierał się jako ostatni, więc pracę zaczynałem dopiero o 16. Oczywiście, gdyby nie fakt, że pracę kończyłem nad ranem to mógłbym powiedzieć, że w takiej sytuacji mam cały dzień na zwiedzanie (w końcu spać też trzeba kiedyś). Niemniej jednak kilka razy udało się zerwać z łóżka wcześniej i efektywnie wykorzystać ten czas. Raz udałem się do destylarni rumu Bacardii (o tym szerzej w innym artykule), a raz wybrałem się w kierunku jednej z głównych atrakcji San Juan – Castillo de San Felipe del Morro.

Samo dojście do tej XVIII-sto wiecznej fortecy dostarcza niesamowitych widoków. Miejsc wartych obfotografowania są dziesiątki, a co jedne to lepsze i bardziej specyficzne.

Wstęp do fortecy jest płatny, więc skupiłem się na tym, co widać dookoła i chyba nie żałuje. Widok cudowny. Brakowało tylko paru ujęć z drona, ale i tak okolica (no może cmentarzem) sprawia, że znajomi na facebook-u mają czego zazdrościć.

Wracając w kierunku portu również można bardzo nacieszyć oczy. Proste rzeczy, jakieś graffiti, różne kolory domów, pare uśmiechniętych ludzi i świat naprawdę wygląda pięknie.

Zakupy i La Fortaleza

Gdy moja przygoda z wcześniej wspomnianym barem się skończyła to znów zaczęło się łapanie minut i bieganie. Z tego względu za punkt docelowy obrałem sobie tylko jedno miejsce, ale za to jakie – kolorowe parasole w pobliżu rezydencji gubernatora Portoryko zwanej La Fortaleza. Miejsce zdecydowanie nie rozczarowało, ale mimo wczesnej godziny było mocno oblegane, co trochę popsuło jego urok.

Wracając zaliczyłem także kilka sklepów. Inne niż w Stanach podatki sprawiają, że w Portoryko można dostać wiele markowych ubrań w znacznie niższych cenach. Niektórzy nawet robią z tego mały biznes, kupując na zapas i sprzedając je po kontrakcie w swoim kraju. Mi niestety nawet na myślenie o tym nie pozwalały walizki, które i tak były już mocno obładowane.

Końcówka kontraktu to zmiana godzin. Późno przypływaliśmy, jeszcze później odpływaliśmy. Z relacji znajomych z innych działów słyszałem, że po zachodzie słońca wąskie uliczki San Juan wyglądają jeszcze bardziej klimatycznie. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Może innym razem.