Sylwester w Rio de Janeiro

Sylwester spędzony na luksusowym statku pasażerskim zacumowanym u wybrzeży Rio de Janeiro. Widok na plażę Copacabanę. Brzmi fantastycznie? Tak właśnie spędziłem ostatni dzień 2017-go roku.

Listopad oraz w szczególności grudzień do najłatwiejszych nie należał. Na statku byłem od czerwca, a na koniec kontraktu przyszło mi się zmierzyć z jego brazylijską częścią. Ktokolwiek miał okazję spotkać na swojej drodze rodaków Pelego, Ronaldo, czy Neymara, wie, że jak nikt inny ta południowoamerykańska nacja lubi dobrą zabawę. Dla sektora barowego, którego jestem częścią oznacza to masę pracy, niejednokrotnie do białego rana.

Ok. Nie było może aż tak źle. Jako barman pracę rozpoczynałem o 13 lub 14, więc praktycznie każdego dnia miałem okazję wyjść do portu i odpocząć chociaż chwilę na jednej z wielu plaż w tak pięknych miejscowościach jak Buzios, czy Rio Grande. Intensywność pracy była jednak ogromna, a ból odczuwałem w każdej jednej części ciała. W dodatku na dwa dni przed sylwestrem usłyszeliśmy od naszego managera, że ostatni dzień w roku będzie jednym z najcięższych i mamy być gotowi na bardzo długie godziny pracy. A przypomnę tylko, że normą w pracy na statku jest 11-12h, więc sami może sobie wyobrazić, co oznaczają dodatkowe nadgodziny.

W tym czasie odpowiedzialny byłem za bar El Dorado na pokładzie 7. Spodziewałem się, że ruch tego dnia będzie w nim mniejszy niż w lokalach umieszczonych na najwyższych pokładach, ale i tak zakładałem spory ruch, w końcu to ostatni dzień roku, jest co świętować. Bar otworzyliśmy jak zwykle koło godziny 18. Ku mojemu zdziwieniu przez pierwsze dwie godziny prawie nikt się nie pojawił. Pomyślałem „cisza przed burzą”. Wykorzystałem więc okazję na to by zrobić sobie kilka pamiątkowych zdjęć.

Kolejne godziny nic nie zmieniły. Przez bar przewinęło się zaledwie kilka osób. Powiedzieć, że 5 minut przed północą bar świecił pustkami to nie powiedzieć nic. Poza mną nie było w nim nikogo. Decyzja mogła być tylko jedna. Zamknąłem drzwi i poszedłem obserwować fajerwerki rozbłyskujące nad plażą Copacabana, zerkając tylko od czasu do czasu na moje „dziecko”, jak zwykłym nazywać miejsca, za które jestem odpowiedzialny. Na szczęście nikt nie potrzebował mojej pomocy, a więc przez kilkanaście minut mogłem podziwiać magiczne show, dziękując w duszy za taki dar losu!!

Po zakończonym pokazie za nim otwarłem ponownie swój bar odwiedziłem jeszcze kolegów z pracy pracujących tuż obok. Szybki toast, życzenia i radość, że mieliśmy okazję uczestniczyć w tak spektakularnym wydarzeniu. Przez kolejną godzinę również nikt się nie pojawił. Zamknąłem więc swój lokal na dobre i poszedłem pomóc reszcie zespołu nadal pracującego na pełnych obrotach na najwyższych pokładach statku.